Menu

Czerwony

Osobiste przemyślenia z dziedzin wielu

Londyn - odcinek 8 i epilog

patie80

No i nadszedł ostatni pełny dzień w Londynie. Okropne, prawda? Dla mnie na pewno. Nie miałyśmy wielu planów, dlatego postanowiłyśmy sobie pospać, a później poszłyśmy prosto na Afternoon Tea with Hello Kitty w Cutter & Squidge.

Kawiarnia Cutter & Squidge jest naprawdę fajnym i uroczym miejscem, aczkolwiek żeby wejść trzeba pokonać wysoki stopień, a w środku jest odrobinę ciasno. Jakoś jednak dałyśmy radę. Afternoon Tea with Hello Kitty jest imprezą ograniczoną czasowo i będzie w Londynie tylko do końca sierpnia. Warto pójść, choćby po to, żeby napić się fantastycznej oranżady. Cała herbatka składa się z lemoniady, herbaty, kanapek i mnóstwa słodkich ciast i ciastek. Były też lody, ale już nie dałyśmy rady. Całość wygląda prześlicznie, ale smakuje odrobinę gorzej. Zdecydowanie można odlecieć od nadmiaru cukru :) Po jedzeniu można dokupić sobie jakiś drobiazg z edycji limitowanej Cutter & Squidge i Hello Kitty, ja wybrałam samoprzylepne karteczki.

DSCN0728DSCN0720
DSCN0722
DSCN0718DSCN0726
DSCN0729DSCN0730

Po tym nadmiarze cukru należało się przespacerować, dlatego poszłyśmy na Piccadilly, a w drodze powrotnej zachciało nam się normalnego jedzenia i trafiłyśmy do Friday’s. Wszystko dlatego, że mamie się zachciało żeberek BBQ :) Dostał nam się stolik w mocnym przeciągu, ale nie bardzo był inny wybór. Mama od razu straciła humor, ale jakoś wytrzymałyśmy. Jedzenie było ok, więc chociaż tyle.

Wieczorem zostało tylko się spakować, a dla rozrywki obejrzałyśmy kolejny mecz.

Piątek przyszedł szybko i po ostatnich dopchnięciach walizki trzeba było jechać na lotnisko. Tym razem postanowiłam wypróbować Ubera, zamiast telepać się autobusem. W samochodzie było ok, tyle że kiwała mi się głowa, ale jakoś dałam radę. Następnie pociąg i już lotnisko. Gdyby nie koszmarna kolejka do punktu info, gdzie musiałyśmy dopłacić za bagaż, odprawa i kontrola zajęłyby nam góra kwadrans, a tak zmarnowałyśmy mnóstwo czasu. Przed lotem udało nam się jeszcze obejść strefę bezcłową i zjeść kanapkę, więc i tak nie było źle. A potem to już tylko samolot, samochód i w końcu własne łóżko :)

 

THE END 

Londyn - odcinek 7

patie80

Mama miała w środę imieniny, ale dla mnie najlepszym punktem tego dnia, było to, że przyjechała J.!

Nie wyspałyśmy się specjalnie, bo z J. miałam się spotkać o 11 pod SeaLife. O dziwo, tym razem to nie ja się spóźniłam ;) Na szczęście nie było tłumów, więc odebrałam bilety i poczekałam na J. Przyjechała w końcu i poszłyśmy odwiedzić rybki. Nie wiem właściwie dlaczego, ale tym razem SeaLife wydało mi się jakieś małe. Szybko przeszłyśmy całość, a na koniec zrobiłyśmy drobne zakupy w akwariowym sklepiku. J. zaskoczyła nas na koniec dwoma pluszakami – mama dostała żółwika, a ja fioletową płaszczkę :)

Po akwarium poszłyśmy powoli w stronę Trafalgar Square, właściwie bez większego celu. W końcu zdecydowałyśmy się na National Gallery, w której nigdy wcześniej nie byłam. J. była, więc prowadziła, ale i tak nie wiedziała gdzie wisi mój ulubiony Vincent. Znalazłyśmy go jednak całkiem szybko i mogłam popodziwiać dzieła mojego ulubieńca. Przy okazji J. mnie uświadomiła, że właśnie w tej sali kręcono mój ukochany odcinek Doctora, właśnie ten z Vincentem. Obejrzałyśmy też kilka innych obrazów, odwiedziłyśmy sklep i powoli wyszłyśmy szukać czegoś do jedzenia. Wybór padł na Garfunkel’s, gdzie trafiłyśmy na dziwną kelnerkę. Odnosiła się do mnie, jakbym nie wiedziała co robię i gdzie jestem. J. miała z tego taką uciechę, że mało nie wpadła ze śmiechu pod stół ;)

Po jedzeniu poszłyśmy na lody, a później na spacer. Moja bateria znowu fikała, więc mama mnie woziła. Niestety, czas szybko mija i J. musiała iść na pociąg, a my miałyśmy plany na kolację. Pożegnałyśmy się więc i każdy poszedł w swoją stronę.

Z okazji imienin, zaprosiłam mamę na kolację do Jamie’s Italian. Właściwie nie bardzo chciało nam się jeść po obiedzie w Garfunkel’s, ale skusiłyśmy się na małe co nieco. Mama wybrała hamburgera, a ja bruschette z krabem. Moja „kanapka” była dość skromna, więc zdecydowałam się dodatkowo na deser. Zamówiłam truskawki w soku z cytryny i kwiatu czarnego bzu, z chipsami z makiem z ciasta filo i mrożonym jogurtem organicznym. I wiecie co? W życiu nie jadłam lepszego deseru. Wszystko było absolutnie genialne! Mama trochę się przesłodziła swoim deserem lodowym, ale też była zadowolona. Do całości kieliszek wina i było super. Chętnie wybiorę się tam ponownie, bo to naprawdę fajne miejsce. Dodatkowym plusem jest to, że w restauracji nie obowiązuje dress code, więc można być na luzie.

Ogólnie to był naprawdę udany dzień i położyłam się do łóżka z przyjemnością.

 

W następnym odcinku – wszystko co dobre, szybko się kończy.

LDN '16 - odc. 5 i 6

patie80

Poniedziałek przyniósł ze sobą lenistwo. Miałyśmy bowiem jechać do Natural History Museum, obejrzeć Sensational Butterflies, ale nie chciało nam się wstać. Widziałam już motyle w zoo, więc nie miałam motywacji. Trochę może szkoda, ale dzień i tak okazał się fajny.

Zaczęło się od naleśników w The Old Dutch. Odrobinę się zgubiłam, prowadząc mamę do tej knajpki, ale w końcu trafiłyśmy i się objadłyśmy. Nazwa „pancake house” jest odrobinę myląca, bo pancake kojarzy mi się z grubymi, amerykańskimi plackami, a tutaj serwują normalne, cienkie naleśniki. Dodatkowo zabawne było to, że podawane są na płasko, z dodatkami na wierzchu, jak pizza. Grunt, że były dobre :)

Kiedy już się najadłyśmy, trzeba było spalić trochę kalorii, więc poszłyśmy poszwendać się po okolicy. Nie mogłam się oprzeć odwiedzinom w kilku sklepach po drodze, więc wróciłyśmy do hotelu nieco obwieszone torbami. Zaliczyłam kilka moich ulubionych miejscówek, czyli Paperchase, Disney Store i Tiger, ale odkryłam też jak cudownym sklepem jest kikki.k :) Po drodze zjadłyśmy lody i udało nam się kupić drobne prezenty dla F.

Do hotelu wróciłyśmy dość wcześnie, umyłam sobie głowę i zajęłyśmy się rozpakowywaniem zakupów.

Jednak nie tylko poniedziałek był przedłużeniem weekendu. We wtorek też wcale się nie nadwyrężyłyśmy.

Dzień zaczęłyśmy od dokupienia Zimowego Żołnierza dla J. i zjedzenia fish and chips. Kolejne godziny spędziłyśmy w sklepach, głównie chowając się przed deszczem, który jakoś się rozchlapał. Nic specjalnego nie kupiłam, no może poza tym, co mnie skusiło w Pandorze ;)

Wieczorem poszłyśmy na drugą część sztuki „Harry Potter and the Cursed Child”. O rany! To było coś niesamowitego! Nic nie mogę powiedzieć, ale było fantastycznie. Po teatrze, kupiłyśmy sobie jedzenie i poszłyśmy do hotelu. Później to już tylko łóżeczko :)

 

A w środę będzie towarzysko i imieninowo!                                                       

© Czerwony
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci