Menu

Czerwony

Osobiste przemyślenia z dziedzin wielu

Rewind and catch up

patie80

Dawno mnie nie było, wiem. Pewnie pomyśleliście, że to koniec bloga. A może nie pomyśleliście, bo raczej nie mam tabunu czytelników ;) Tak czy inaczej - wróciłam. Nie wiem na jak długo, ani z jaką częstotliwością będę pisała, ale czasem coś wypocę. Chyba. 

Dlaczego mnie nie było? Ano... życie. Nic innego w drogę nie wchodzi tak jak życie. 

Początek jesieni spędziłam przyjemnie, zdobywając nawet niewielki górski szczyt w moje urodziny. Później było już tylko gorzej... 

Okazało się, że złamanie nogi przez babcię może wprowadzić chaos, którego nikt się nie spodziewał. Babcia, która na co dzień pomagała mi we wstawaniu, robiła obiady i czasem kładła spać, nagle sama potrzebowała opieki. Zachciało jej się na drabiny wchodzić... Październik i pół listopada były niezmiernie upojne. Momentami traciłam panowanie nad swoimi emocjami i nie mogłam już wytrzymać całej tej sytuacji. Sytuacja trochę się poprawiła, kiedy babcia trafiła na rehabilitację. Przynajmniej opieka nad nią odpadła z maminej listy obowiązków. Nadal nie było kolorowo, bo był jeszcze dziadek i jego ciągłe problemy z kluczami. Niby je gubił, a tak naprawdę to nie... 

Poza przebojami z dziadkami, praca doprowadzała mnie do szału swoją koszmarną monotonnością i brakiem jakiejkolwiek akcji. Święta bez babci, która odmówiła powrotu z ośrodka rehabilitacyjnego, były mocno słabe. Bez domowego barszczu z uszkami nie ma porządnej Wigilii. Chociaż rybka była dobra ;) Sylwester był bardziej filmowy, a dziadek poszedł do domu dopiero koło 4 rano. Naprawdę miałam nadzieję, na wczesne pójście spać, a tu taka niespodzianka... 

Nowy rok miał być wspaniały. No, miał, ale mu nie wyszło za bardzo. 

Babcia wróciła, w znacznie lepszym stanie. Po kilku tygodniach spacerowania po domu, odważyła się na wyjście z domu i od tamtej pory właściwie wróciła do normy. Teraz już śmiga. Trochę musieliśmy zmienić jej zakres opieki nade mną, ale jest ok. 

Początek roku przyniósł mi zmianę pracy, co przyjęłam z ogromną ulgą. Mówią, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale ja wróciłam do mojej starej firmy z przyjemnością. Potrzebowałam tej zmiany i dokonałam dobrego wyboru. 

Nowy rok przywlókł też chorobę Czarka. Najpierw była infekcja, której nie mogliśmy się pozbyć. Dopiero specjalistyczne badanie we Wro pomogło zdiagnozować tą zarazę. Nasz lokalny wet znalazł też sporo innych problemów z panem Czarkiem, które powoli trzeba będzie rozwiązywać. W czerwcu jakoś Czarek miał operację - wet wyciął mu gulę, którą miał między łopatkami. Na szczęście, okazało się, że to tylko tłuszczak. Za to tydzień po operacji psisko kompletnie opadło z sił, do tego stopnia, że nie mógł stać. Kolejne leki i czary weta pomogły i mój senior wrócił do normy. Zrobił się jednak jeszcze bardziej nerwowy i marudny. Do tego miewa częstsze napady drgawek. Jakoś jednak ciągniemy, bo co robić? ;) 

Jakby tego było mało, ja też się rozchorowałam. A co... Jak zaczęłam w poniedziałek wielkanocny, tak skończyłam pod koniec maja. Przez mój organizm przetoczyło się epickie zapalenie płuc, później oskrzeli, a do tego zaliczyłam niewydolność oddechowo-krążeniową. Przejechałam się karetką nawet. Żeby było śmieszniej, to ową karetkę, która mnie wiozła, zatrzymała policja. Za przekroczenie prędkości w terenie zabudowanym. Gdybym nie dusiła się kaszlem, to umarłabym ze śmiechu ;) W szpitalu byłoby super, gdyby nie koszmarne łóżko. Nawet materac przeciwodleżynowy nie pomagał. Pominę milczeniem jego jakość... Przy okazji zakładania dojścia podobojczykowego okazało się, że jestem okropnie gruboskórna ;) Nie mogli się wkłuć, nie mogli umocować dojścia. Udało się po jakiejś godzinie i wszyscy mieli wtedy ochotę na flaszkę ;) Ja chyba najbardziej. Po całej tej bitwie, po tonie antybiotyków, sterydów, leków moczopędnych i przeciwbólowych, po inhalacjach i innych takich - cholerna menda sobie poszła. Ja wróciłam do pracy i do innych przyjemności. Never again!

Wakacje spędzam domowo. Nie mam siły ani ochoty ruszać się gdziekolwiek dalej. W lipcu zaliczyłam przyjemną wycieczkę do Czech, gdzie spacerowałam w koronach drzew i jadłam knedliki z jagodami. A w ostatni wtorek wyciągnęłam mamę na spacer, który uprzyjemniłyśmy sobie sałatkami, deserami i kawą. Ja jeszcze dorzuciłam drinka. Czasem człowiek musi się dopieścić ;)

A teraz? Próbuję nadal czuć się spokojnie i dobrze. Łykam chińskie ziółka, jem owoce i czytam książki. Myślę o podróżach 2018 i doceniam drobne przyjemności. 

Life goes on

 

 

Londyn - odcinek 8 i epilog

patie80

No i nadszedł ostatni pełny dzień w Londynie. Okropne, prawda? Dla mnie na pewno. Nie miałyśmy wielu planów, dlatego postanowiłyśmy sobie pospać, a później poszłyśmy prosto na Afternoon Tea with Hello Kitty w Cutter & Squidge.

Kawiarnia Cutter & Squidge jest naprawdę fajnym i uroczym miejscem, aczkolwiek żeby wejść trzeba pokonać wysoki stopień, a w środku jest odrobinę ciasno. Jakoś jednak dałyśmy radę. Afternoon Tea with Hello Kitty jest imprezą ograniczoną czasowo i będzie w Londynie tylko do końca sierpnia. Warto pójść, choćby po to, żeby napić się fantastycznej oranżady. Cała herbatka składa się z lemoniady, herbaty, kanapek i mnóstwa słodkich ciast i ciastek. Były też lody, ale już nie dałyśmy rady. Całość wygląda prześlicznie, ale smakuje odrobinę gorzej. Zdecydowanie można odlecieć od nadmiaru cukru :) Po jedzeniu można dokupić sobie jakiś drobiazg z edycji limitowanej Cutter & Squidge i Hello Kitty, ja wybrałam samoprzylepne karteczki.

DSCN0728DSCN0720
DSCN0722
DSCN0718DSCN0726
DSCN0729DSCN0730

Po tym nadmiarze cukru należało się przespacerować, dlatego poszłyśmy na Piccadilly, a w drodze powrotnej zachciało nam się normalnego jedzenia i trafiłyśmy do Friday’s. Wszystko dlatego, że mamie się zachciało żeberek BBQ :) Dostał nam się stolik w mocnym przeciągu, ale nie bardzo był inny wybór. Mama od razu straciła humor, ale jakoś wytrzymałyśmy. Jedzenie było ok, więc chociaż tyle.

Wieczorem zostało tylko się spakować, a dla rozrywki obejrzałyśmy kolejny mecz.

Piątek przyszedł szybko i po ostatnich dopchnięciach walizki trzeba było jechać na lotnisko. Tym razem postanowiłam wypróbować Ubera, zamiast telepać się autobusem. W samochodzie było ok, tyle że kiwała mi się głowa, ale jakoś dałam radę. Następnie pociąg i już lotnisko. Gdyby nie koszmarna kolejka do punktu info, gdzie musiałyśmy dopłacić za bagaż, odprawa i kontrola zajęłyby nam góra kwadrans, a tak zmarnowałyśmy mnóstwo czasu. Przed lotem udało nam się jeszcze obejść strefę bezcłową i zjeść kanapkę, więc i tak nie było źle. A potem to już tylko samolot, samochód i w końcu własne łóżko :)

 

THE END 

Londyn - odcinek 7

patie80

Mama miała w środę imieniny, ale dla mnie najlepszym punktem tego dnia, było to, że przyjechała J.!

Nie wyspałyśmy się specjalnie, bo z J. miałam się spotkać o 11 pod SeaLife. O dziwo, tym razem to nie ja się spóźniłam ;) Na szczęście nie było tłumów, więc odebrałam bilety i poczekałam na J. Przyjechała w końcu i poszłyśmy odwiedzić rybki. Nie wiem właściwie dlaczego, ale tym razem SeaLife wydało mi się jakieś małe. Szybko przeszłyśmy całość, a na koniec zrobiłyśmy drobne zakupy w akwariowym sklepiku. J. zaskoczyła nas na koniec dwoma pluszakami – mama dostała żółwika, a ja fioletową płaszczkę :)

Po akwarium poszłyśmy powoli w stronę Trafalgar Square, właściwie bez większego celu. W końcu zdecydowałyśmy się na National Gallery, w której nigdy wcześniej nie byłam. J. była, więc prowadziła, ale i tak nie wiedziała gdzie wisi mój ulubiony Vincent. Znalazłyśmy go jednak całkiem szybko i mogłam popodziwiać dzieła mojego ulubieńca. Przy okazji J. mnie uświadomiła, że właśnie w tej sali kręcono mój ukochany odcinek Doctora, właśnie ten z Vincentem. Obejrzałyśmy też kilka innych obrazów, odwiedziłyśmy sklep i powoli wyszłyśmy szukać czegoś do jedzenia. Wybór padł na Garfunkel’s, gdzie trafiłyśmy na dziwną kelnerkę. Odnosiła się do mnie, jakbym nie wiedziała co robię i gdzie jestem. J. miała z tego taką uciechę, że mało nie wpadła ze śmiechu pod stół ;)

Po jedzeniu poszłyśmy na lody, a później na spacer. Moja bateria znowu fikała, więc mama mnie woziła. Niestety, czas szybko mija i J. musiała iść na pociąg, a my miałyśmy plany na kolację. Pożegnałyśmy się więc i każdy poszedł w swoją stronę.

Z okazji imienin, zaprosiłam mamę na kolację do Jamie’s Italian. Właściwie nie bardzo chciało nam się jeść po obiedzie w Garfunkel’s, ale skusiłyśmy się na małe co nieco. Mama wybrała hamburgera, a ja bruschette z krabem. Moja „kanapka” była dość skromna, więc zdecydowałam się dodatkowo na deser. Zamówiłam truskawki w soku z cytryny i kwiatu czarnego bzu, z chipsami z makiem z ciasta filo i mrożonym jogurtem organicznym. I wiecie co? W życiu nie jadłam lepszego deseru. Wszystko było absolutnie genialne! Mama trochę się przesłodziła swoim deserem lodowym, ale też była zadowolona. Do całości kieliszek wina i było super. Chętnie wybiorę się tam ponownie, bo to naprawdę fajne miejsce. Dodatkowym plusem jest to, że w restauracji nie obowiązuje dress code, więc można być na luzie.

Ogólnie to był naprawdę udany dzień i położyłam się do łóżka z przyjemnością.

 

W następnym odcinku – wszystko co dobre, szybko się kończy.

© Czerwony
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci